Marta Nowicka Facebook ad: “Odzyskałam mamę, nie kolejne wyniki w normie”

Ran for 56 days, from September 2 to October 28, 2026, the last day Crush saw it.
Run by Marta Nowicka on Facebook. Crush is not the advertiser and does not verify its claims. See this ad in Meta's Ad Library(opens in a new tab)
Make your own version of this ad
Crush makes it, launches it in your own Meta ad account, scales the winners and pauses the losers.
About this ad
- Meta Ad Library ID
- 1567316921533822
- Platforms
- Facebook, Instagram, Audience Network, Messenger and Threads
- Relaunches
- 0
- EU reach
- 89,744
Ad text
Moja mama ma 68 lat i teczkę wyników grubszą niż książka telefoniczna. Rano siada na brzegu łóżka, zanim wstanie. Serce jej przeskakuje przy serialu. W połowie zdania gubi, co chciała powiedzieć. Pięciu specjalistów, trzy lata, na każdej kartce „w normie". W tę niedzielę przy obiedzie zadałam jej i dwóm ciotkom trzy pytania. A potem czwarte, którego nie zadał żaden lekarz. Kiedy ostatnio ktoś dotknął wam karku, o tu, pod czaszką? Trzy kobiety. Trzy teczki. Cisza. Chciały zdrowia. Dostały papiery w normie. Mam 47 lat. Przez ostatnie trzy lata jeździłam z mamą chyba na wszystkie te wizyty. Liczyłam kiedyś: dwadzieścia dni urlopu na same przychodnie. Trzy lata temu mama sama jeździła na działkę, śpiewała w chórze parafialnym i robiła przetwory na całą rodzinę. Dziś słoiki robi ciocia Basia, a mama przykleja etykiety, bo od stania nad garem kręci jej się w głowie. Próbowała wszystkiego, co jej kto doradził. Poduszka ortopedyczna od bratowej. Magnez. Melatonina. Masażer z telezakupów, który leżał tydzień, bo „łaskotał po skórze, a w głąb nic nie szło". Kręgarz, po którym było lepiej trzy dni. I nic. Za każdym razem nic. Mama zrobiła wszystko, jak należy. Lekarz rodzinny, kardiolog, neurolog, laryngolog, ginekolog. EKG, holter, rezonans, badanie błędnika. Najpierw kolejki na NFZ, potem prywatnie, bo już nie mogła czekać na kolejny termin za pół roku. Byłam z nią u neurologa w marcu. Prywatnie, po trzech miesiącach czekania. Dwanaście minut, „obraz prawidłowy" i coś na uspokojenie. Mama brała miesiąc. Mgła w głowie jeszcze gęstsza, zawroty te same. Na kontroli sam jej to odstawił. Przed każdą wizytą dwie noce nie spała, bo bała się, że coś znajdą. I dwie po, bo nic nie znaleźli. Po holterze położyła mi na stole wydruk z pieczątką i zapytała, czy na pewno dobrze przeczytałam. Na papierze zdrowa. W życiu od dwóch lat nie wsiada do samochodu. Kluczyki oddała mi sama, po tym jak na parkingu pod Lidlem podłoga jej zafalowała i pół godziny siedziała w aucie, trzymając kierownicę, zanim zadzwoniła po sąsiadkę. Mój brat powiedział jej w końcu przy wigilijnym stole: „Mamo, może psycholog?" Od tamtej pory nie mówi mu o niczym. Mnie mówi, bo ja jeżdżę z nią na wizyty. Ale coraz mniej. Bo po piątym „w normie" człowiek zaczyna wierzyć, że może naprawdę wymyśla. W tę niedzielę pierwszy raz od trzech lat nie zapytałam przy stole o wyniki. Odłożyłam widelec i zadałam trzy pytania. Czy rano siedzicie chwilę na brzegu łóżka, zanim wstaniecie? Czy serce przeskakuje, kiedy nic się nie dzieje, przy serialu, przy obieraniu ziemniaków? Czy gubicie w połowie zdania, co chciałyście powiedzieć? Mama spojrzała na ciocię Basię. Ciocia Basia na ciocię Grażynę. Ciocia Grażyna zaczęła coś o ciśnieniu i urwała. Cisza. Żadna nie powiedziała „nie". I wtedy zapytałam o kark. Bo tydzień wcześniej, na imieninach, zapinałam mamie łańcuszek i pod palcami, tuż pod czaszką, miała nie mięsień, tylko deskę. Wstałam, podeszłam do mamy i nacisnęłam jej tam kciukiem. Syknęła. Ciocia Basia: „Mnie też sprawdź." Syknęła. Ciocia Grażyna nie dała się dotknąć, ale sama położyła tam rękę i już jej nie zabrała. Mama: „Kardiolog powiedział, że serce zdrowe, to nerwica." Ciocia Basia: „Neurolog mi zrobił rezonans, czysty. Powiedział, że w naszym wieku tak bywa." Ciocia Grażyna: „A mnie ginekolog powiedział, że to menopauza. I że ta klucha w gardle to od nerwów. Mam 61 lat." Pani Zosia z parteru, która jak co niedzielę wpadła z ciastem, nic nie powiedziała. Uśmiechnęła się tylko i dolała sobie kompotu. Trzy siostry. Wyniki w normie. Żadna z nich nie stoi w kolejce w Biedronce bez trzymania się wózka. Zmywałam potem naczynia i było mi niedobrze. Nie od obiadu. Bo trzy kobiety, trzy teczki, po pięciu lekarzy na głowę, i każda dostała to samo zdanie: „w pani wieku to normalne". Kardiolog patrzył na serce. Neurolog na głowę. Laryngolog na ucho. Nikt nie patrzył na całość. Kilkadziesiąt badań i ani jedno nie sprawdziło tego, co ja poczułam pod palcami przy zapinaniu łańcuszka. I pomyślałam pierwszy raz coś, co potem nie dawało mi spać. Może te wyniki są w normie, bo sprawdzają nie to, co jej dolega. Wieczorem, już u siebie, zadzwoniłam do mamy. „Mamo, a to siadanie rano na łóżku, od kiedy to masz?" „Córciu, w moim wieku każdy tak ma." „A serce?" „Daj spokój, nie przesadzaj. Taki wiek." „Mamo, ciocia Grażyna ma to samo. I Basia." „No to widzisz. Rodzinne." Na mszy siedzi w ostatniej ławce przy ścianie, żeby mieć się czego złapać. I uznała, że tak już jest. Odłożyłam telefon i złapałam się na czymś, do czego nie chciałam się przyznać. Ja też rano siedzę chwilę na brzegu łóżka. Od roku. Ja też mówię sobie „taki wiek". Mam 47 lat. Sprawdziłam sobie tego wieczoru w łazience, kciukiem, tuż pod czaszką. Miałam tam to samo. Deskę. I wtedy dotarło do mnie coś, co od tygodni miałam pod nosem. Pani Zosia. Ta od ciasta i kompotu. Rok temu mama mówiła o niej: „Zosia już z domu nie wychodzi, synowa jej zakupy robi." A w tę niedzielę weszła sama z parteru na drugie piętro, bez windy, przez godzinę nie trzymała się stołu i wstała od niego jak młoda. I przypomniałam sobie, co mama rzuciła mimochodem parę tygodni temu: że Zosia pojechała sama autobusem do Kielc na kontrolę i powiedziała, że po nic, bo nic jej nie jest. My nic nie robiłyśmy. A u Zosi coś wyraźnie zadziałało. W następną sobotę pojechałam do mamy i zapukałam do pani Zosi. „Pani Zosiu, co pani robi, że tak pani chodzi?" Wzruszyła ramionami. „Nic, pani Marto. Synowa mi coś dała na kark. Kładę wieczorem przy serialu, na piętnaście minut. Ciepłe się robi i takie mrowienie w środku, głęboko. Synowa mówi, że to na te mięśnie pod czaszką. Niech pani do niej zadzwoni, ona to lepiej wytłumaczy." Stałam w kuchni sąsiadki mojej mamy i, wstyd przyznać, poczułam zazdrość. Synowa, bez dyplomu, bez teczki, zrobiła w kilka tygodni to, czego pięciu specjalistów i trzy lata mojego wożenia po gabinetach nie zrobiły. Nie dlatego, że lekarze byli źli. Dlatego, że nikt nie szukał tam, gdzie trzeba. Wzięłam od pani Zosi numer. Zadzwoniłam wieczorem. Kasia, 36 lat, synowa. „Nie zrobiłam nic specjalnego. Widziałam, że teściowa przestała wychodzić, na wszystko mówiła, że taki wiek. Bałam się, że nam gaśnie. I zaczęłam czytać w nocy, na grupie kobiet z takimi samymi objawami." „I co tam było?" „To, czego żaden z jej lekarzy jej nie powiedział. Że u podstawy czaszki, tam gdzie kark wchodzi w głowę, są cztery maleńkie mięśnie podpotyliczne. Wielkości paznokcia. A tuż obok nich przechodzi nerw błędny. I drugi, językowo-gardłowy." Nerw błędny. Słyszałam to pierwszy raz w życiu. „Te dwa nerwy sterują rytmem serca, trawieniem, gardłem, równowagą i tym, czy człowiek jest spokojny, czy cały czas w napięciu. Jak te cztery mięśnie są przewlekle spięte, a po latach pochylania głowy u większości z nas są, to ściskają te nerwy. Jak dłoń zaciśnięta na wężu ogrodowym. Woda przestaje płynąć. Krew też płynie tam słabiej." Siedziałam z telefonem przy uchu i nie mogłam wydusić słowa. „I wtedy serce gubi rytm i kołacze. W gardle stoi klucha, której laryngolog nie widzi. Żołądek przestaje trawić, to zgaga wieczorem. Mózg nie dostaje porządnego sygnału z błędnika, to podłoga faluje i nogi jak z waty. Krew gorzej krąży w głowie, to mgła i gubienie słów. Jedno źródło. Pięć objawów. I każdy u innego lekarza." „A wyniki?" „Wyniki w normie, bo sprawdzali nie to, co trzeba. Kardiolog patrzy na serce, neurolog na głowę, laryngolog na ucho. Nikt nie patrzy pięć centymetrów pod czaszką, bo to nie jest niczyja specjalizacja." Dlatego rezonans był czysty. Dlatego trzy siostry dostały trzy różne diagnozy na to samo. „A masażer? Mama ma taki z telezakupów." „Masażer wibruje po skórze, a te cztery mięśnie leżą pod trzema warstwami innych. Dlatego łaskotał, a w głąb nic nie szło. Kręgarz nastawia, nie rozluźnia, trzy dni i mięśnie ściągają z powrotem. A tabletki na uspokojenie uspokajają głowę, a kark dalej ściska. To jak przyciszyć alarm w domu, w którym dalej się pali." „Teściowa chodziła wcześniej do fizjoterapeutki. Pomagało. Na tydzień. Bo te mięśnie leżą za głęboko, żeby ręka tam doszła, i trzeba je rozluźniać codziennie, nie raz na dwa tygodnie. Na grupie kobiety pisały o takim urządzeniu na kark, z ciepłem i prądem, ciepło plus impulsy, prosto na te cztery mięśnie, tam gdzie palce nie sięgają, piętnaście minut wieczorem. Kupiłam jej na imieniny. Nie na objaw, tylko na przyczynę. I codziennie." „I zadziałało?" „Sama nie mogłam uwierzyć. W niedzielę teściowa zadzwoniła, że pojechała sama autobusem na cmentarz do męża. Nie prosiła, żebym ją zawiozła. Zadzwoniła się pochwalić. Pierwszy raz od dwóch lat ktoś zadzwonił z tego domu z czymś dobrym." Tego wieczoru zamówiłam dwa, Kasia przysłała mi link. Za mniej niż jedna prywatna wizyta. Jedno dla mamy. Drugie dla siebie, bo to moje siadanie rano na łóżku też nie było „takim wiekiem". Zawiozłam mamie w sobotę. Otworzyłam pudełko przy stole: małe, lekkie, z tyłu cztery gładkie stalowe końcówki, ładuje się jak telefon. I opowiedziałam jej to, co mi Kasia. Cztery mięśnie, nerw, wąż ogrodowy. Mama słuchała, a potem zapytała cicho: „Czyli ja nie wymyślam?" „Nie, mamo. Nie wymyślasz." Rozpłakała się przy stole. Nie ze strachu. Z ulgi. Trzy lata czekała, żeby ktoś jej to powiedział. Wieczorem założyłam jej to pierwszy raz sama. Najpierw ciepło u podstawy czaszki, potem impulsy, takie głębokie, nie mrowienie po skórze, tylko jakby coś w środku się kurczyło i puszczało. Mama zamknęła oczy i powiedziała: „O, tam. Dokładnie tam." Trzy lata i pięciu lekarzy, a nikt tam nie dotknął. Tydzień pierwszy: „Kark mniej boli. Ale to może od pogody." Tydzień drugi: „Wiesz, że dziś rano nie siadałam? Wstałam i poszłam do kuchni." Tydzień czwarty: „Wiesz, że przez cały serial ani razu nie złapałam się za mostek? Nawet nie zauważyłam, kiedy przestałam." Tydzień szósty: „Byłam na działce. Sama. Wykopałam ziemniaki." U mnie ciszej, bez fajerwerków. Po miesiącu przeczytałam w pracy całą umowę i pamiętałam pierwsze zdanie, kiedy doszłam do ostatniego. Ciocia Basia pożyczyła od mamy na tydzień i zamówiła własne. Ciocia Grażyna za nią. I te trzy kobiety zaczęły inaczej rozmawiać przy stole. Przestały pytać „a na pewno to nie serce?". Zaczęły mówić „a wczoraj poszłam sama do Lidla, stałam w kolejce i nic". W piątek pani z apteki pod blokiem mamy zaczepiła mnie przy kasie. „Pani Marto, trzecia kobieta w tym tygodniu pyta, co pani mama i Zosia noszą wieczorem na karku. Ja nie wiem, ja tego nie mam." A w zeszłą niedzielę mama przyjechała do mnie. Sama. Samochodem. Godzinę drogi, pierwszy raz od dwóch lat. Po obiedzie wstała od stołu bez trzymania się blatu, nalała nam herbaty i powiedziała: „A ty, córciu, co u ciebie? Bo ja ciągle o sobie, a ty nigdy nic." Trzy lata każda nasza rozmowa była o jej wynikach. Pierwszy raz zapytała o mnie. Powiedziałam jej, że rano wstaję i idę. Że też mam to na karku i też kładę wieczorem, przy tym samym serialu co ona, tylko godzinę drogi dalej. Pięciu specjalistów, trzy lata kolejek, dwadzieścia dni urlopu i teczka grubsza niż książka telefoniczna tego nie zrobiły. Zrobiło to piętnaście minut wieczorem przy serialu. Jeśli poznajesz w tym siebie. Jeśli rano siadasz na łóżku, serce przeskakuje przy serialu, gubisz słowa w połowie zdania, a na każdej kartce masz „w normie" i „to stres", to nie stres. To cztery mięśnie u podstawy czaszki. Sprawdź szyję. Kciukiem, teraz. Jeśli patrzysz na mamę albo babcię, która przestała jeździć, przestała wychodzić i na wszystko mówi „taki wiek", nie jesteś bezradna. Możesz być jedyną osobą, która sprawdzi jej kark, bo żaden lekarz tego nie zrobi. To nie jest niczyja specjalizacja. Te mięśnie nie rozluźniają się same, bo nikt nie robi tego za nie codziennie. Nie musisz czekać na szóstą teczkę wyników, żeby sprawdzić ten jeden punkt pod czaszką. Piętnaście minut wieczorem, przy serialu, na kanapie. Tyle. Mama nie jest wyleczona. Po całym dniu na działce kark znów twardnieje. Piętnaście minut i puszcza. U mnie tak samo. Mama dalej chodzi na swoje kontrole. Tylko że teraz wraca z nich bez teczki pod pachą. Nie na objawy. Na przyczynę. Codziennie. EDIT: bo pytacie w komentarzach i w wiadomościach, gdzie to dostać. Nie ma tego w aptece, pani z apteki sama mi to powiedziała, ani w żadnym sklepie z elektroniką. Jest tylko na stronie polskiej firmy Zdrowa Postura, produkt nazywa się Zdrowa Szyja EMS. Kilka córek napisało mi już, że zamówiły dla mam. Link zostawiam: https://www.zdrowapostura.pl/produkt/zdrowa-szyja-ems/ Mają 90 dni na zwrot, oddajesz nawet używane, na polski magazyn. Teraz mają jakąś promocję minus pięćdziesiąt procent, nie wiem, jak długo to potrwa. Nie wciskam. Piszę, bo gdyby synowa pani Zosi nie kupiła jej tego na imieniny, dalej woziłabym mamę po gabinetach i dalej słuchałabym „taki wiek".
Where the ad sends people
zdrowapostura.pl
Odzyskałam mamę, nie kolejne wyniki w normie 👆
Tłumaczy prostym językiem, co może łączyć zawroty głowy, kołatanie serca i mgłę mózgową, kiedy wszystkie badania wychodzą w normie. Poznasz mechanizm spiętego karku i nerwu błędnego oraz dowiesz się, dlaczego objawy potrafią pojawiać się z kilku stron naraz.
Learn more: zdrowapostura.pl(opens in a new tab)










