Rozwój Mowy Dziecka - Dr. Zuzanna Mazur Facebook ad: “Jak 112 kart zmieniło mowę mojego syna w 6 tygodni”

Ran for 74 days, from March 16 to May 29, 2026, the last day Crush saw it.
Run by Rozwój Mowy Dziecka - Dr. Zuzanna Mazur on Facebook. Crush is not the advertiser and does not verify its claims. See this ad in Meta's Ad Library(opens in a new tab)
Want an ad like this for your product?
Crush makes new ad images for your product from this ad: your logo, your product photo, your offer.
Trials from $19.95 USD, then $79.95 USD a month. Cancel anytime.
About this ad
- Meta Ad Library ID
- 3860801730895934
- Platforms
- Facebook, Instagram, Audience Network and Messenger
- Relaunches
- 2
- EU reach
- 306,124
- Niche
- Parenting & Kids
Ad text
Mój syn miał 2 lata i 4 miesiące. Cały jego słownik to było „mama," mruknięcie i pokazywanie palcem na wszystko. A potem koleżanka wcisnęła mi pudełko ze 112 kartami, które w 6 tygodni zmieniło wszystko. Zanim Ci opowiem co to było — muszę Ci powiedzieć, gdzie byłam zanim to dostałam. Bo inaczej nie zrozumiesz, dlaczego płakałam, kiedy to otworzyłam. Mój Olek skończył dwa lata w sierpniu. Na liście kamieni milowych, którą ściągnęłam z internetu, przy „mówi minimum 50 słów" powinnam była postawić ptaszka. Olek miał może osiem. I trzy z nich to były dźwięki zwierząt, które liczyłam na siłę, żeby poczuć się lepiej. Wiesz, jak to jest, kiedy w głowie masz alarm, ale wszyscy dookoła mówią Ci, żebyś go wyłączyła? Pediatra: „Chłopcy mówią później. Proszę poczekać do trzeciego roku życia." Mama: „Ty też późno zaczęłaś mówić i jakoś żyjesz." Mąż: „Nie przesadzaj. Każde dziecko ma swoje tempo." Więc czekałam. Czekałam i obserwowałam, jak dzieci na placu zabaw — młodsze od Olka — wołają „mama patrz!" i opowiadają, co jadły na obiad. A mój syn stał przy zjeżdżalni i patrzył. Cichy. Duże oczy. I palec wyciągnięty w kierunku czegoś, czego nie potrafiłam zgadnąć. Wracaliśmy do domu i zaczynała się codzienna bitwa. Olek chciał pić — ale nie potrafił powiedzieć co. Ciągnął mnie do kuchni. Pokazywał na szafkę. Ja podawałam wodę — krzyk. Mleko — krzyk. Sok — cisza. Ale następnym razem to było mleko. Albo nic z tego. Te histerie nie były kaprysami. Teraz to wiem. To była bezsilność dwulatka zamkniętego w ciele, które odmawia współpracy z głową. Ale wtedy? Wtedy myślałam, że robię coś źle. W październiku zadzwoniłam na NFZ. Logopeda w naszym mieście — kolejka do końca następnego roku. Poradnia psychologiczno-pedagogiczna — minimum dziesięć miesięcy. Prywatnie? Pierwsza wizyta diagnostyczna — 250 złotych. Pełna diagnoza — ponad tysiąc. A potem regularne wizyty, co tydzień, po 200 złotych. Policzyłam to w głowie, siedząc w samochodzie pod przychodnią. I po prostu oparłam głowę o kierownicę. Próbowałam wszystkiego, co mi polecano. Pucio — piękne książki, naprawdę. Ale wymagały, żebym siedziała obok i czytała. Po dziesięciu minutach Olek się kręcił. Po piętnastu odchodził. A wieczorem, po całym dniu, nie miałam już siły być lektorem, animatorem i logopedą w jednej osobie. Flashcards z Allegro — te kolorowe, za 15 złotych. Pokazywałam obrazek, mówiłam słowo, czekałam. Olek patrzył na mnie jak na ścianę. Apki na tablecie — zainstalowałam trzy. Olek klikał w ekran jak zahipnotyzowany. Ale nie powtórzył ani jednego słowa. Za to kiedy zabierałam tablet, dostawał szału. Każde następne „rozwiązanie" kończyło się tak samo. Olek był bierny. Słuchał — albo nie słuchał — i nic nie wychodziło z jego ust. I wtedy pewnego dnia, na kawie, koleżanka Ania powiedziała coś, co zmieniło wszystko. Nie brzmiało to jak odkrycie. Brzmiało jak zwykłe zdanie. Powiedziała: „Wiesz co, moja Hania miała ten sam problem. Ale odkąd dostała te karty, sama do nich wraca i powtarza słowa. Bez mojej pomocy." „Sama?" — zapytałam. „Sama. Wsuwa kartę do czytnika i słyszy słowo. I powtarza. Raz za razem. Ja w tym czasie robię obiad." Byłam sceptyczna. Oczywiście, że byłam. Ile razy widziałam „cudowne gadżety" na Facebooku, które w recenzjach wyglądały jak rewolucja, a w rzeczywistości lądowały w szufladzie po dwóch dniach? Ale Ania nie była influencerką. Była zmęczoną mamą jak ja. I jej córka — którą znałam — naprawdę zaczęła mówić. Więc poprosiłam o link. I tu muszę Ci powiedzieć, co odkryłam — bo to zmieniło sposób, w jaki rozumiałam problem Olka. Okazało się, że książki i flashcards nie działały nie dlatego, że Olek „nie chciał mówić." Nie działały, bo brakowało jednego ogniwa. Dziecko w wieku Olka potrzebuje pętli: ZOBACZYĆ obrazek, USŁYSZEĆ wyraźne, poprawne słowo i ZROBIĆ coś samodzielnie — w jednym momencie. Nie biernie. Nie z moim głosem, który po dwunastu godzinach dnia brzmiał jak zmęczone radio. Z profesjonalnym, ciepłym, ludzkim głosem. I to dziecko musi mieć kontrolę. Samo decyduje, którą kartę wsuwa. Samo wywołuje dźwięk. Samo powtarza. Tego brakowało. Pudełko przyszło w dwa dni. 112 kart. Czytnik wielkości pilota do telewizora. Olek wziął go do ręki i wsunął pierwszą kartę zanim zdążyłam przeczytać instrukcję. „Pies." Wyraźny, ciepły głos. Potem dźwięk: „Hau hau!" Olek zamarł. Patrzył na czytnik. Wyciągnął kartę. Wsunął jeszcze raz. „Pies. Hau hau!" I jeszcze raz. I jeszcze raz. Przez dwadzieścia pięć minut siedział na podłodze i nie ruszył się z miejsca. Karta za kartą. Kot, krowa, jabłko, auto, piłka. Każde słowo dwa, trzy razy pod rząd. Stałam w drzwiach i bałam się oddychać, żeby nie przerwać. Piątego dnia byłam w kuchni. Olek był w pokoju z kartami. I usłyszałam: „Kówa." Krowa. Powiedział krowa. Nie do mnie. Nie dlatego, że go prosiłam. Sam, do siebie, wkładając kartę z krową. W drugim tygodniu było to już „jabko," „ato," „buty." Słowa zaczęły wypadać z niego jak z rozbitego worka. Codziennie coś nowego. Rano podbiegał do czytnika zanim zdążyłam zrobić kawę. W szóstym tygodniu powiedział do mnie pełne zdanie. „Mama, daj sok." Trzy słowa. Podmiot, czasownik, rzeczownik. Patrząc mi w oczy. Spokojnie. Bez krzyku. Bez ciągnięcia za rękaw. Musiałam wyjść do łazienki, bo nie chciałam, żeby widział jak płaczę. Wiesz, co mnie najbardziej uderzyło? Nie same słowa. To, że Olek przestał być sfrustrowany. Przestał krzyczeć przy posiłkach. Przestał płakać, kiedy nie mogłam go zrozumieć. Bo wreszcie MÓGŁ mi powiedzieć, czego chce. Dom się zmienił. Nie odrobinę. Całkowicie. To urządzenie to KinderSpeech. 139 złotych. Mniej niż jedna wizyta u prywatnej logopedki. 224 słowa po polsku i angielsku. Bateria na sześć godzin. I wystarczająco proste, żeby roczne dziecko obsługiwało je samo. Ponad 2100 polskich rodziców już to sprawdziło. Ocena 4,86 na 5. I mają coś, czego żaden inny producent nie daje — 90 dni gwarancji. Jeśli Twoje dziecko nie zrobi postępów, zwracasz i dostajesz pełny zwrot. Bez pytań. Nie musisz mi wierzyć. Nie musiałam wierzyć Ani. Ale dałam temu szansę, bo nie miałam już nic do stracenia — i okazało się, że miałam wszystko do zyskania. Jeśli Twoje dziecko pokazuje palcem zamiast mówić. Jeśli wieczorami liczysz jego słowa i czujesz ten ścisk w gardle. Jeśli system każe Ci czekać, a Ty wiesz, że okno rozwojowe się zamyka — Nie musisz czekać. 👉 kinderspeech.pl — wysyłka w 24h z polskiego magazynu. Daj mu szansę powiedzieć Ci, czego chce. Własnymi słowami.
Where the ad sends people
kinderspeech.pl
Jak 112 kart zmieniło mowę mojego syna w 6 tygodni
Dołącz do setek rodziców wspierających swoje dzieci w odnalezieniu własnego głosu! Setki zadowolonych polskich rodziców i maluchów korzysta z naszych produktów każdego dnia - dziękujemy za zaufanie❤️ Przeczytaj opinie wielu rodziców dzielących się swoimi pozytywnymi doświadczeniam...
Learn more: kinderspeech.pl(opens in a new tab)








